Kursy i Certyfikaty

Pseudoszkolenia online: jak zostać masażystą w 40 minut

Rynek kursów online dla dorosłych rozsadza się pseudoedukacją. Reportaż o tym, jak można zdobyć certyfikat coacha, masażysty czy księgowego bez rzeczywistej…

Redakcja · 28 czerwca 2026
Visual representation of a scam concept using toys, dice, and fake money on a white background.
Fot. Tara Winstead / Pexels · Pexels License

Rynek pseudoszkolenia online w Polsce jest ogromny, niezorganizowany i praktycznie nienadzorowany, co pozwala firmom oferować certyfikaty zawodowe bez rzeczywistej edukacji — masażystę można zostać w 40 minut, coacha w jeden dzień, a głównego księgowego za niespełna 4 tys. zł.

Jak działa system pseudoedukacji: historia Michała

Michał postanowił przetestować rynek kursów online. Po ukończeniu kursu masażu z elementami fizjoterapii w zaledwie 40 minut, zdecydował się na kolejne szkolenia. Zapisał się na kurs głównego księgowego organizowany przez Krajową Izbę Księgowych, którzy obiecali mu uprawnienia do legalnej pracy we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Kurs miał trzy stopnie, testy cząstkowe do powtarzania i pracę zaliczeniową na jedną-dwie strony A4. Za niespełna 4 tys. zł miał zostać głównym księgowym.

Pierwszy moduł o ZUS, kadrach i płacach Michał zaliczył szybko. Jednak przy module “Podstawy prawa w księgowości” system nagle wymagał 38 godzin pracy. Kiedy próbował spędzić ten czas na platformie, system wylogowywał go co kilka minut. Po tygodniu nierównych zmagań przebrnął zaledwie 20 godzin, a licznik zmienił się z 17 na 9 godzin bez wyjaśnienia.

Pseudoedukacyjne imperium: sieć spółek i powiązania

Michał odkrył, że Krajową Izbę Księgowych, platformę medical.edu.pl (gdzie “uczył się” masażu) i Wyższą Szkołę Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu łączy wspólny właściciel — spółka MTB, należąca do Adriana Mikołajczaka i Maksyma Grabarczyka. To samo duo stworzył pseudoedukacyjne imperium obejmujące kilkadziesiąt powiązanych spółek.

Oferta jest szeroka: bez wychodzenia sprzed komputera można zostać masażystą, pielęgniarką, położną, instruktorem pływania, jazdy konnej czy tańca. Wszystkie kursy łączy jedno — organizatorzy powołują się na autorytet państwa. Deklarują, że “materiały dydaktyczne są prowadzone w oparciu o rozporządzenie Ministra Edukacji i Nauki oraz ustawę Prawo oświatowe”. Wśród partnerów wymieniają kuratoria oświaty, Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz MEN.

Współpraca z instytucjami państwowymi: mit czy rzeczywistość?

Gdy zapytano Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości o współpracę z tymi firmami, rzeczniczka Aneta Zielińska-Sroka wyjaśniła: “Baza Usług Rozwojowych nie wybiera partnerów ani nie nadzoruje bezpośrednio jakości kształcenia”. Rzeczniczka Dolnośląskiego Kuratora Oświaty dodała, że kurator nie wydaje zgody na prowadzenie niepublicznych szkół, lecz jedynie opiniuje spełnianie wymogów ustawowych i sprawuje nadzór.

Ministerstwo Edukacji do dziś nie odpowiedziało na pytanie, dlaczego spółki Mikołajczaka i Grabarczyka powołują się na partnerstwo z resortem. Oznacza to, że firmy mogą bezkarnie wykorzystywać nazwiska instytucji państwowych bez rzeczywistej kontroli jakości.

Nauczyciele jako główni odbiorcy pseudoszkolenia

System edukacji zmusza nauczycieli do ciągłego doskonalenia zawodowego. Studia podyplomowe są niezbędne do awansu zawodowego, dlatego nauczyciele zapisują się na kursy — czasem na trzy rodzaje studiów równocześnie — szukając rabatów.

Paweł Lęcki, polonista, przytacza przykład nauczyciela matematyki, który chciał uczyć fizyki. Nie miał na to “papierka”, więc poszedł na studia podyplomowe online. Tam siedział nauczyciel matematyki i fizyki, ale też historycy, nauczyciele religii i etyki — osoby bez bladego pojęcia o fizyce. Wszyscy otrzymali certyfikat i mogą teraz uczyć fizyki.

Dyrektor szkoły z północy Polski potwierdza: “Nauczyciele przychodzą do nas i chcą się zapisać na trzy rodzaje studiów równocześnie. Zdecydowanie im to odradzamy, ale oni nalegają. Pytają tylko, ile rabatu dostaną”.

Co to oznacza dla systemu edukacji?

Sytuacja ma poważne konsekwencje. Organy prowadzące szkoły oszczędzają na zatrudnieniu — tańszy jest jeden nauczyciel z paroma wątpliwymi uprawnieniami niż kilku z jednym sensownym. Iga Kazimierczyk z Uczelni Korczaka porównuje to do “edukacyjnego Temu”: “Jeśli nauczyciel jest po kursie terapii umiejętności społecznych czy wzmacniania motoryki małej u dzieci, to na papierze wszystko wygląda dobrze. Tyle że w opisie kursu nie ma programu, więc nie wiadomo, ile godzin przepracował, jaką jakość miało szkolenie. A dyrektorzy szkół to łykają jak pelikan suchą bułkę i dopiero potem się okazuje, co taka osoba naprawdę umie”.

Jak funkcjonuje testowanie w pseudokursach?

Michał odkrył, że na rynku jest ogromny popyt na HR-owców i specjalistów od rozwoju osobistego. Wybrał coaching za 750 zł, bo kurs można było ukończyć tego samego dnia, a dokumentacja nie zawierałaby adnotacji o e-learningu.

Test wyboru składał się z dziesięciu banialnych pytań: “Czy genezy coachingu można się doszukiwać w lekkoatletyce?” i “Czy coach może motywować klienta?”. Tego rodzaju pytania można zaliczać metodą na chybił trafił — system nie wymaga rzeczywistej wiedzy.

Brak regulacji: dlaczego nikt nie interweniuje?

Nikomu nie zależy, żeby ukrócić tę edukacyjną fikcję. System wymaga certyfikatów, ale nie weryfikuje kompetencji. Szkoły potrzebują nauczycieli z papierkami, a nauczyciele potrzebują papierków do awansu. Pseudoszkolenia wypełniają tę lukę tanio i szybko.

Problem polega na tym, że papierek stał się ważniejszy niż rzeczywista wiedza. Nauczyciel historii z certyfikatem coacha może teraz udzielać porad zawodowych. Pielęgniarką można zostać bez praktyki klinicznej. Masażystą — w 40 minut.

Jak wybrać uczciwy kurs online?

Przed zapisaniem się na kurs warto sprawdzić:

  • Czy szkoła ma szczegółowy program nauczania dostępny do wglądu?
  • Ile godzin faktycznej pracy wymaga kurs?
  • Czy materiały dydaktyczne zawierają rzeczywistą treść, czy tylko slajdy?
  • Czy testy wymagają rzeczywistej wiedzy, czy to tylko pytania wyboru?
  • Czy szkoła jest wpisana do rejestru i kto ją nadzoruje?
  • Czy pracodawcy w branży uznają certyfikaty z tej szkoły?

Wartościowe szkolenia wymagają czasu, wysiłku i rzeczywistej weryfikacji wiedzy. Jeśli kurs obiecuje certyfikat zawodowy w kilka godzin, jest to czerwona flaga.

Najczęstsze pytania

Czy kursy online z certyfikatami są legalne w Polsce?

Tak, jeśli szkoła jest wpisana do rejestru prowadzonego przez samorządy. Jednak brak nadzoru nad jakością kształcenia oznacza, że legalnie można oferować pseudoszkolenia bez rzeczywistych materiałów dydaktycznych czy wymagań czasowych.

Jak poznać, czy kurs online to pseudoszkolenie?

Zwróć uwagę na brak szczegółowego programu nauczania, możliwość zaliczenia w kilka godzin zawodów wymagających lat doświadczenia, testy wyboru z banalnymi pytaniami oraz brak informacji o liczbie godzin faktycznej pracy.

Czy nauczyciele mogą uczyć przedmiotu bez odpowiedniej kwalifikacji?

Formalnie mogą, jeśli ukończą studia podyplomowe i otrzymają papierek. Problem polega na tym, że system nie weryfikuje, czy rzeczywiście zdobyli wiedzę z danego przedmiotu, co prowadzi do sytuacji, w której nauczyciel historii uczy fizykę po krótkim kursie online.

Kto odpowiada za kontrolę jakości kursów online dla dorosłych?

Teoretycznie samorządy (przez wpisanie do rejestru), ale w praktyce nie nadzorują one bezpośrednio jakości kształcenia. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości prowadzi Bazę Usług Rozwojowych, ale również nie wybiera partnerów ani nie kontroluje edukacji.

Czy certyfikat z pseudoszkolenia ma wartość na rynku pracy?

Formalnie tak, bo jest legalnym dokumentem, ale jego wartość zależy od pracodawcy. W sektorze publicznym (szkoły, urzędy) papierek ma znaczenie, nawet jeśli kompetencje są wątpliwe. W sektorze prywatnym pracodawca może zweryfikować rzeczywiste umiejętności.

Na podstawie: Newsweek. Tekst opracowany redakcyjnie.